[SP9PDF] Historia jednej anteny…

Y40_1

Yaga w całej swej okazałości

Był rok 1981. Rok w którym WSZYSTKIM wydawało się, że WSZYSTKO można zrobić i WSZYSTKO można osiągnąć. No może prawie wszystkim… Nikomu do głowy nie przychodziło, że za chwilę przyjdzie taki moment, w którym zabiorą nam licencje i radia a nie do końca rozwinięty kapitan będzie wrzeszczał – „…kwarce oddawać ku…., kwarce…” a najważniejszym radiem w PDFie będzie dla niego stara RBMka. Może dlatego, że miała kolor zielony jak jego mundur…
Przesadziłem…  facet był ze studium wojskowego Politechniki Śląskiej, więc lata pracy wśród studentów spowodowały, że miał trochę mniejszy stopień niezależności mózgu od rozumu  niż przeciętny ówczesny mundurowy. Nie było aż tak źle jak bywało u niektórych kolegów :-) Ale za to fajnie brzmiało.
To wszystko miało nastąpić za parę miesięcy a na razie naładowana pozytywną energią ciekawych czasów ekipa SP9PDF postanowiła coś zbroić.
W tym zwariowanym i nieco magicznym momencie historii ktoś – zapewne SP9NRD wówczas występujący jako SP2-7631 rzucił po kolejnym piwie hasłem – przydała by się antena…
Anten było u nas pod sporo, więc odpowiedź „Anten ci u nas dostatek ale i tą przyjmiemy” miała pełne uzasadnienie. Wtedy Andrzej rzucił konkretem – „antenę…ale taką, jakiej nikt nie ma…” Pomysł był naprawdę szaleńczy, bo pełnowymiarowe obrotowe trzy elementy na 7MHz miały w SP może ze dwie stacje na krzyż. A może nawet nikt. A tak naprawdę, to była tylko jedna – u Leszka SP3DOI.
Oczywiście początkowy optymizm spowodowany złotym napojem zetknął się z realiami – ale jak się okazało dla studentów nie była to żadna przeszkoda. Ci którzy byli za młodzi, by te czasy pamiętać, nie wiedzą, że aluminium występowało wówczas w jednym dostępnym gatunku – PA2. To takie coś trochę gorsze niż obecne PA37. O PA6 można sobie było tylko pomarzyć. Żeby było jeszcze lepiej – o PA4 też się zasadniczo marzyło a nie posiadało.
Jedynym sensownym miejscem gdzie można było rury zdobyć były Zakłady Metali Lekkich w Kętach – a i do tego trzeba było mieć milion stosownych kwitów, bo czasy, kiedy idzie się do sklepu i kupuje miały nadejść dopiero za jakieś 10 lat. Papiery załatwiła macierzysta uczelnia, załączniki do papierów załatwił Pewex (to taki sklep z wódką, w którym zawsze był towar) a transport miał odbyć się komunikacją państwową nazywaną do dzisiaj PKP. Silna Ekipa w składzie SP9FIH (zwany Kulisem, dla którego wyprawy były codziennością), SP9JDZ, SP9JPX, SP9MCU, SP9BMQ i „last but not least” SP9-2712 (SP9RM) i SP2-7631 (SP9NRD) wsiadła do pociągu i pojechała.

Y40RM_NRD

SP9NRD (na górze) i SP9RM przy montażu anteny

W Kętach ruty pocięto, poprostowano, zapakowano w paczki i dzielna załoga udała się w drogę powrotną. Na stacji okazało się, że pociąg do Katowic składa się z wagonów z przedziałami i w żaden sposób nie można rur do składu załadować. Perspektywa pieszego marszu z Kęt do Gliwic nikogo nie cieszyła, ale opatrzność, jej palec a może stopa kopnęła załogantów i wskazała im lokomotywę. Nieprawdopodobny zbieg okoliczności sprawił, że pociąg ciągnęła niewielka spalinowa lokomotywa, która miała na całej długości podesty z relingami. Kolejarze okazali się być na tyle sympatyczni, że wbrew przepisom pozwolili przewieźć materiały na lokomotywie. Dosłownie „NA” a nie „W”. W Katowicach było już prościej, bo podjechała żółto niebieska jednostka elektryczna, do której rury dało się wpakować  przez okno. Potem wystarczyło tylko przenieść rurki przez Gliwice i można było zaczynać.
Stojak do anteny wykonała ekipa kierowana przez Andrzeja SP9NRD. Konstrukcja była potężna, bo i antena miała taką być. Z braku grubych rur na boom został on wykonany jako drabinka z rur stalowych. Wszystko to wciągnięto na dziesięciopiętrowy budynek na linach. Ważyło to sporo, zatem nie dość, że stopy stojaka przymocowano do dachu to jeszcze cały stojak został zakotwiony do tego dachu linami.

Antena była klasyczna – 3 elementy po 20m każdy, radiator zasilany naszą ulubioną konstrukcją – czyli gamma-matchem z kabla koncentrycznego. Pomimo niskiego zawieszenia (6m nad dachem, ponad 40m nad ziemią) antena pokazała całą swoją skuteczność. DXy wpadały jeden za drugim a wyniki w zawodach pokazały, że Yaga jest niezastąpiona.
Radość potrwała kilka lat aż przyszedł wiaterek.  Dwóch kompletnych wariatów Jacek SP9MDS i Maciek SP9MRN wlazło na dach i usiłowało opanować szalejące ramiona Yagi. Prawie się udało.
Wspominali potem:
„…Nie pamiętam dnia łamania Baby Yagi, tzn nie pamiętam daty, natomiast sam dzień pamiętam aż za dobrze. O ile nie mam pamięci zżartej jeszcze całkowicie długotrwałym nadużywaniem substancji będących efektem fermentacji alkoholowej, to uczestnikiem tego wariactwa był Jacek MDS.
Po prostu zaczęło wiać. Najpierw lekko, leniwie, potem coraz mocniej. Myśmy jak kretyni wyleźli na dach, żeby ratować co się da, Yagą rzucało na boki na tyle mocno, że wybiło z kołnierza śrubę, która ją blokowała i sierotka zaczęła chocholi taniec. Jakoś udało się ją zatrzymać, natomiast elementy latały góra dół z coraz większą amplitudą. Trzy z nich (tzn trzy końcówki) udało się przymocować linkami do ziemi i zaprawdę powiadam wam, niewiele do szczęścia nam brakowało.
Wtedy zaczęło wiać naprawdę. Wiało na tyle mocno, że zaczęło nas przemieszczać po tym dachu – zdecydowanie wbrew naszej woli – a poziom emocji był na tyle duży, że nie pamiętam, czy to ja łapałem MDSa, czy MDS mnie. Faktem jest, że ktoś kogoś złapał i to skutecznie.
A wiatr urósł na tyle, że po kolei zaczęły strzelać tyczki na Cubicalu. Tak chyba nie wiało nigdy wcześniej i nigdy później. Było to na tyle fascynujące, że przyczepieni do komina i o mało nie posrani za strachu nie zauważyliśmy zdradzieckiego podmuchu, który podniósł niezakotwiczone końcówki elementów Yagi i po prostu wrzucił je na boom.
I tak odeszła Yaga na 40m, wierna towarzyszka nocnego gadania na 40m, nieodżałowana partnerka zrobionego przez AXW monobandowego dwupudełkowego TRXa…. Jeden transceiver, trzy wzmacniacze i Yaga…. To se ne vrati…” (SP9MRN)

„…Piliśmy sobie z Romkiem MRN jakąś kawę zbożową (podkradaną z puszki NRD-owca),jak nagle zaczęło gwizdać, odruchowo pobiegliśmy obaj na dach, myśląc, że może coś by trzeba przywiązać albo wręcz własną piersią zasłonić od wiatru…
Pamiętam, jak nagle przyszedł podmuch i wszystkie PODWIESZONE, a nie złapane sznurkami przez nas elementy yagi podniosło do góry i połamało. Moje wrażenie było takie, że gdyby z anteny zrobić „latawca”,tzn. usztywnić konstrukcję dielektrycznymi odciągami od góry, od dołu i jeszcze połączyć elementy płasko pomiędzy sobą ( albo nawet przedłużyć boom i końcówki reflektora i direktora płasko dowiązać do końcówek boma) – może by się antena ostała, ale wtedy nie starczyło nam wyobraźni o sile wiatru.
Nikomu do łba nie przyszło, że przez Gliwice przejdzie autentyczna trąba powietrzna (poleciały wtedy gdzieniegdzie  dachy, drzewa itp.) Kiedy po kolejnym podmuchu z łomotem poleciały tyczki QQ, wystarczyło nam rozsądku, żeby na czworakach salwować się ucieczką…” (SP9MDS)

Tak się skończyła kariera drugiej w SP pełnowymiarowej Yagi na 40m…

SP9FIH potem napisał „…Faktem jest, że była to konstrukcja nie do końca obliczona wytrzymałościowo. Powiem szczerze – w ogóle nie przeliczona w tym zakresie. Z drugiej strony rurki które dostaliśmy to była mieszanina od PA2 do PA6, ale w tamtych czasach nie można było wybrzydzać. Konstrukcja powstawała na zapalenie płuc, aby skończyć przed WW i to się udało. Nie sądzę, aby poprawna mechaniczne konstrukcja wytrzymała dużo dłużej.  Ale przynajmniej mamy coś w pamięci …”

y21sunKolejny etap nastąpił po demontażu kikutów. Ponieważ podnosiły się warunki na górnych pasmach padła propozycja, żeby wykorzystać to co jest i zbudować 6 elementów na 21MHz. Tak też uczyniono. Na tym samym dwunastometrowym boomie zamocowano elementy i znowu było pięknie. Antena przechodziła kilka remontów aż przyszedł rok 2014 – czyli jak by nie liczyć 33 lata od wykonania konstrukcji – i ten znamienny wiek mógł oznaczać tylko jedno. Śmierć z premedytacją w celu późniejszej reinkarnacji.

 

 

Y15dlm

Darek SP9DLM na szczycie

 

Y15_opuszczona

Kikut Yagi smutno sterczy na dachu

SP9MRN z SP9DLMem wyciągnęli starą przekładnię z semafora (a może zwrotnicy), pokłócili się parę razy, kilkukrotnie zamierzli się na siebie, aż w końcu DLM przywiózł działający prototyp. Okazało się jednak, że żeby dokonać ostatecznych pomiarów trzeba wytargać maszt z dotychczasowego łożyska – a do tego – banał-trzeba zdemontować antenę. Do walki przystąpiła załoga: Piotr SQ9FK, Darek SQ9DLM, Andrzej SQ9KEA, Olek SQ9UM i piszący te słowa SP9MRN. Nie było łatwo, za to było śmiesznie.
Włażenie na ośmiometrowy patyk na dachu dziesięciopiętrowca przy ograniczonej możliwości zabezpieczeń jest rzeczą podnoszącą adrenalinę zarówno u włażącego jak i u bezpośrednich obserwatorów.
Udało się. Ci, którzy widzieli opuszczające się ramiona boomu nie mogli powstrzymać łez, MRN zastanawiał się, czy opuszczać dalej a wszyscy ze smutkiem komentowali, że MRNowi coś opada… Opadło do końca. Tak zakończyła się pewna epoka.

 

Przekładnia kolejowa

Przekładnia kolejowa

rotor

Nowy rotor by SP9DLM

Teraz czeka nas montaż nowej obrotnicy i wciągnięcie na górę nowej anteny. Jakiej? Jeszcze nie wiadomo, bo nie możemy dojść do consensusu.
Na pewno się o tym dowiecie….

Pełna galeria zdjęć jest na fejsie.

A tak właśnie mrn opuścił Yagę… Ideał sięgnął bruku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.